poniedziałek, 22 lipca 2013

Switzerland day by day - 1) Sankt Gallen, czyli nasz pierwszy nocleg

Dojechaliśmy do celu na 13.00 i ponieważ recepcja w hostelu jeszcze był zamknięta (czynna dopiero od 17.00, albo rano do 10.00) - poszliśmy delikatnie pozwiedzać miasto. Nawet bardzo delikatnie, bo po tylu godzinach podróży (od ~21.30) było to nie lada wyzwaniem, przynajmniej dla mnie. Po powrocie do schroniska okazało się, że mądra D. owszem zarezerwowała nocleg, ale jakimś cudem na 4/5.07 a nie 15/16.07. Tym bardziej dziwne, że rezerwowałam po 4.07 i taka data przecież nie powinna już się pojawić jako dostępna... Po krótkiej chwili grozy i panice jaka zagościła w moich oczach okazało się, że jeszcze miejsca spokojnie są i dostaliśmy pokój. Łóżka były piętrowe, w pokoju trzy - policzę za Was - pokoje sześcioosobowe;) Dołączyła do nas jakaś azjatka i mój tata oczywiście zaserwował mi jego ulubiony tekst w takich wypadkach: "No zagadaj, do niej po angielsku! Poćwiczysz sobie!" ...Tylko dlatego, że znam angielski... "Tato! Polski też znam a jakoś nie zagaduję, do każdego na ulicy. Poza tym co mnie obchodzi jakaś azjatka, która śpi na łóżku obok?" No kurde, извините...! Nieważne zresztą.

W naszym "Jugendherberge", czyli po naszemu schronisku młodzieżowym, w cenę było też wliczone śniadanie, parking, no i wifi.

Tak więc mistrzyni rezerwowania tanich noclegów (czyli jo!) znalazła hostel w St.Gallen za jakieś w miarę śmieszne pieniądze ze śniadankiem, które sprawiło niestety, że zakochałam się w ichniejszym kremie czekoladowym (i "kakale") - Ovomaltine - z kawałkami czekolady, która fajnie chrupie! Mam go już oczywiście w posiadaniu w domu. Sztuk dwie. Pocieszam się, że ma, jak napisali na etykiecie, sporo witamin i innych fajnych składników, itp. itd. Można go też kupić na Allegro, co już zdążyłam sprawdzić ;) Polecam :D
Reszta jutro i w kolejnych dniach, bo na raz nie ogarnę całego tygodnia spędzonego w Szwajcarii.

Poza tym, z bardziej tematycznie związanych z blogiem informacji - jutro jadę na morfologię do Gliwic i zmykam spać, bo wyjeżdżamy o 7.00 a jeszcze nie odespałam dzisiejszej podróży. Pocieszam się, że jak mi wampiry wyssają rano krew, to ponieważ to będzie wtorek ("akcja worek" [pełen tanich szmat!!!] :D), to lecimy z rodzicami "na ciekaczkę" do mojego ulubionego lumpeksu - jutro 10zł/kg. Kolejna chemia, jak już pisałam - 1.08, ale to jest znowu czwartek, więc lipa. A jutro jak tam wpadnę, to chyba złapię ze trzy koszyki i planuję je zapełnić kopiaście...


DN na luzie o guzie

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. super, chociaż mam mały niedosyt, ale za tydzień planuję nadrobić :D :D

      Usuń
    2. Ja tam nie umiem nic dla siebie znalezc :(

      Usuń
    3. No coś Ty... tam tyle tego jest, że każdy znajdzie coś dla siebie. Żebyś widziała mojego tatę jak tam buszuje... Ma to po mnie;)

      Usuń
  2. U mnie w tych cholernych ząbkowicach nie ma nawet fajnych lumpeksów a jak weszłam do jednego to łachy były gorsze niż najstarsze z mojej szafy a cena 30zł za sztuke hehehe szkoda, że już nie mieszkam we wroc :( A swoją drogą to zdolniacha jesteś :D dobrze, że pod gołym niebem nie musieliście spać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też nie ma, widzisz gdzie muszę jeździć...

      Usuń

Błagam, nie piszcie, że mi współczujecie, bo na prawdę nie ma czego!