wtorek, 11 czerwca 2013

Powrót na stare śmieci, czyli IO welcome back

Nie wyspałam się, bo pies się zebździł w domu przed 4.00 i musiałam wstać posprzątać, bo stnikało. Budzik zadzwonił półtorej godziny później, bo u rodziców miałam być na 6.00 i o tej też mieliśmy wyjechać. Do Gliwic, pod IO zajechaliśmy planowo - po półtorej godziny. Rejestracja, kolejka do pobrania krwi. Znowu nie ma mojego zlecenia, nikt w sekretariacie nie odbiera, "pani pójdzie pod 1.004 i poprosi o to zlecenie a potem do mnie już bez kolejki". Idę, proszę, dostaję, wracam, krew się leje. Śniadanie i herbata w bufecie. Zastanawialiśmy się chwilę czy iść "na szmaty" teraz, czy po wizycie w 1.004. Szmaty musiały poczekać. My zresztą też i to aż do 13.00, co było jakimś rekordem jeśli chodzi o długość czekania pod tą salą! No ale w końcu wyszła zza drzwi i zawołała mnie po imieniu, a normalnie innych wołała po nazwisku. Ma się te względy ;) Gadka, szmatka... Bla, bla, bla... MR pokazał, że coś tam się zmiejszyło, ale jeszcze jest, bo wiadomo, że chirurg nie wyciął wszystkiego, bo ten guz to był taki a taki i jakby wyciął, to uszkodziłby mi coś i mogło być ze mną nieciekawie. A tak jestem sprawna i jest gites. Po naświetlaniach, mimo, że to dopiero miesiąc, widać, że jest go ciut mniej, obrzęk został, ale też jest trochę zmniejszony. To jest rodzaj guza, który jest nie odporny na chemię, więc jeśli się zdecydowałam, to oni nadal są chętni, tylko, żebym pamiętała o skutkach, m.in. o tym, że mogę nie móc mieć dzieci. No i co ja na to. Ja na to, otóż pani doktor, że się zgadzam. - To bardzo się cieszę. - To ja też! - W takim razie dzisiaj panią zostawiamy. - OK! Super. 
Czekanie się opłaciło. Taką miałam nadzieję już od kilku dni, w związku z tym marcinkiewiczowe: "Yes, yes, yes!" Pani doktor zgodziła się, żebym wyjechała w połowie lipca na tydzień. Nie mówiliśmy jej po co i dlaczego, i że do Jana od Boga. Po co? Nieważne gdzie jedziemy. Zgodziła się i już. Następna chemia jednak za sześć tygodni a nie za dwa ani trzy. Więc licząc, tak jak mówi: 6 chemii x 6 tygodni odstępu= 36 :4 tygodnie= 9 miesięcy... Myślałam, że krócej, bo zdawało mi się, że jak inne babki będę się stawiać na chemię co trzy tygodnie max, ale przecież się nie pochlastam z tego powodu...

Dobra! Po wizycie kierunek izba przyjęć, sekretne przejście do wind już tylko dla pacjentów, którzy są przyjmowani na oddział, pasek na rękę i jazda na Vp. Na oddziale, w dyżurce pani pielęgniarka proponuje mi salę 16 B, czyli moją poprzednią, ale z racji, że widziałam dzisiaj męża tej babki, która ze mną w niej była i spała przy zapalonym świetle, poprosiłam o inną. Jaki ze mnie burżuj?! Przebieram sobie w salach jakby było nie wiadomo ile wolnych! :) No więc wylądowałam na bloku A, zupełnie z drugiej strony niż poprzednio, w sali tym razem 6 B. Dwójka, z jedną lokatorką, która wychodzi jutro. I z balkonem, z którego nie planuję korzystać z racji panującej aury. Nie palę, więc ani mnie on ziębi, ani parzy. Co prawda babki z sąsiedniego pokoju ponoć chadzają tu palić, ale dobra pozwolę im. Już im zapowiedziałam, że nie podkabluję :D 
Po tym jak zostawiłam swoje rzeczy, czyli raptem jedną torbę poszliśmy cichaczem do samochodu i na pizzę, do centrum chociaż nie pozwolono nam już wychodzić, "...bo jest 13.30" (?!) Bitch, please! Poprzednio wychodziłam o tej, albo jeszcze później do miasta no i co? Też nie było można:P 
Po pizzy przyszedł wreszcie czas na szmaty, ale nie byliśmy tak długo jak poprzednio, bo i tak mieliśmy nie wychodzić ze szpitala i rodzice wpadli w panikę, że późno, że ktoś mnie pewnie szuka itp. itd. ;) Oczywiście parę łupów do domu wróciło, bo nie byłabym sobą! Niekryta satysfakcja jest. Niewielka, ale zawsze. Rodziców odprawiłam o 16.00, żeby sobie spokojnie dojechali do domu a ja, żebym mogła sobie odpocząć i popisać. 
Rozpakowałam się i oszacowałam, że wzięłam za mały żel pod prysznic, nie wzięłam kubka, ale nie korzystam z ichniejszych herbat ani kaw, więc нет проблем. Nie mam też żadnego "naparszanego" toniku do twarzy... I zapomniałam o papierze toaletowym, ale póki co narwałam sobie z ogólnodostępnego kibla, tego z napisem "WC pacientów", a najwyżej jutro sobie kupię. Albo narwę sobie znowu... jak jakie kwiaty na łące :) - Narwę ci papieru, jak kwiatów na łące, najdrożsiejsza ma! Chcesz? - A rwij, tylko przestań p*******ć!... <-WTF?!

Małgosia - współlokatorka opowiedziała mi o skuteczności Listerinu na pleśniawki i grzybicę jamy ustnej, która się robi po chemii. Hurra! Już się nie mogę doczekać... Pozostałych grzybic również. Dobra, póki co nie będę się niczym martwić na zapas, bo nawet, szczerze mówiąc nie chce mi się! Zjadłam pyszną odmężową sałatkę owocową z wczoraj, zaraz sobie poczytam albo się prześpię, bo nie chce mi się gadać z moją współlokatorką (ani z nikim), a może jak zobaczy, że śpię, to przestanie mi ciągle zadawać masę pytań... Stej tjund, jutro kolejna relacja!

DN nwlbjpg

8 komentarzy:

  1. Jej chyba tak samo jak ja uwielbiasz pizze, bo czytam nie pierwszy raz o niej hihi. Z tym papierem to mnie powalilas :D Trzymaj sie, czekam na kolejne relacje :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Pizzę mogę jeść na każdy posiłek dnia:D:D

      Usuń
  2. I <3 U :) Znowu się posikałam ze śmiechu, prawie :P
    Jutro napiszę Ci priva bo dziś jestem "dead tired" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przebieraczu sal ;p Utrafiona dwójka jakie burżujstwo ;p Co teraz czytasz ? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nieee?:) skonczylam wlasnie 'Nie wiem, jak ona to robi'

      Usuń
  4. Pizzę też bardzo lubię. :-) Kochana, uwielbiam Cię. ;-)

    OdpowiedzUsuń

Błagam, nie piszcie, że mi współczujecie, bo na prawdę nie ma czego!